Archiwum | Październik, 2011

Perfecta-perfekcyjny micel?

23 Paźdź

Micele, a właściwie płyny micelarne to coś, co bardzo często przewija się na różnego rodzaju forach internetowych i portalach urodowych. Coraz więcej firm wprowadza na rynek płyny micelarne, które mają nam zastąpić mleczko do demakijażu oraz tonik. Czym jednak są sławne micele? Jeżeli to pytanie wydaje się Wam być głupie, to zapewniam, że jest dużo osób, które czekają na odpowiedź 🙂

Micele to malutkie kuleczki składające się z cząsteczek hydrofilowych oraz lipofilowych. Cząsteczki wodne łączą się z brudem i zanieczyszczeniami, a tłuszczowe „zaprzyjaźniają się” z sebum i tłuszczami. Ten duet świetnie ze sobą współgra i dba o czystość naszej cery. Dzięki temu, że płyny micelarne występują w postaci przypominającej tonik, a nie mleczko, nie obciążają i nie natłuszczają dodatkowo buzi, ale również nie działają wysuszająco. Są więc uniwersalnym środkiem do demakijażu 🙂

Zdecydowałam się na zrecenzowanie jednego z płynów ze względu na posty innych blogerek, wg których jedynie Bioderma Sensibium H2O warta jest uwagi . Fakt, że dobór kosmetyków to sprawa indywidualna, ale bez przesady! W kosmetycznym świecie jest naprawdę wiele płynów tego typu, które warto przetestować. Jednym z moich ulubionych jest właśnie Perfecta firmy Dax Cosmetics.

Dlaczego jednym z ulubionych? Dlatego, że obok niej mogę postawić na półce Biodermę Sebium, która sprawdza się przy cerze tłustej i problematycznej. Niestety jej minusem jest wydajność oraz cena!!Perfecta z kolei jest naprawdę tania, kosztuje około 10-12 złotych, a 200 ml opakowanie starcza na co najmniej dwa miesiące. Do zmycia makijażu nie potrzeba dużych ilości produktu, do tego mi wystarczają dwa waciki oczyszczenia twarzy. Jest to jedyny płyn, do którego wracam i wiem, że będę z niego zadowolona.

Perfecta nie jest płynem, który sprawi, że cera będzie bez skazy, ale z pewnością poradzi sobie z makijażem oraz tuszem do rzęs. (Zaznaczam, że nie nakładam zbyt wiele tuszu). Jestem z niej zadowolona i z pewnością zakupię kolejne opakowania!

P.S. Dziś jest mój pierwszy deszczowy dzień w Lizbonie!

Reklamy

Body Butter Duo z The Body Shop

19 Paźdź

Wiem, że masełko z TBS było nowością dawno, dawno temu, ale dopiero teraz zebrało mi się na zrobienie na jego temat recenzji. Zacznę od tego, że ten drogocenny produkt dostałam w prezencie urodzinowym(:*), sama pewnie nie zdecydowałabym się na zakup ze względu na cenę, a więc nigdy nie dowiedziałabym się co to za cudeńko 🙂

Mój „egzemplarz” ma zapach słodkiego groszku. Pachnie obłędnie, czasem rozcieram go tylko po to, aby poprawić sobie nastrój. Z racji tego, że jest to masło „duo” znajdziemy tam produkt o dwojakiej konsystencji. Pierwsza połowa jest lekka, balsamowa, a druga to już typowe masełko, gęste i treściwe. Obie świetnie nawilżają skórę, a do tego dosyć szybko się wchłaniają. Oczywiście, trzeba i tak odczekać z założeniem ubrania (które później pachnieć będzie tym masełkiem:))

Masełko Duo świetnie się spisuje, ale nie daje efektu długotrwałego nawilżenia, tzn. takiego, które utrzymywałoby się nawet bez jego stosowania (ale chyba są to marzenia ściętej głowy :)). Jednak, żeby być sprawiedliwą, muszę dodać, że woda w kranie jest mocno chlorowana, co dodatkowo wysusza skórę, a więc balsam/masło ma więcej do zrobienia. Co do wydajności, myślę, że jest to sprawa indywidualna. Każdy zużywa produkt według własnego uznania i potrzeby. Ja sama stosuję masło od przypadku do przypadku, kiedy mam na nie ochotę, albo moja skóra jest maksymalnie przesuszona. (Niestety „balsamowanie” nie jest moją ulubioną czynnością pielęgnacyjną :p) Co nie zmienia faktu, że sięgam po masełko z ogromną przyjemnością.

Jak już wcześniej pisałam,sama nie zdecydowałabym się na zakup, ale teraz, gdy już wiem, ile daje mi radości jego stosowanie zastanawiam się, czy nie kupię kolejnego (choć niekoniecznie z serii Duo).

Kolejne zdjęcia: Park Eduardo VII + Sintra

18 Paźdź

 

Hejo 🙂

Z racji tego, że niestety nie dysponuję w tej chwili żadnymi nowościami kosmetycznymi, chciałabym pokazać więcej zdjęć z Lizbony (Park) oraz z Sintry. Dodatkowo, ogłaszam, że myślę nad gościnnymi recenzjami na blogu. Co o tym sądzicie?

 

 

 

I ja 🙂

Lily Lolo, kupić czy nie? :)

3 Paźdź

Kosmetyki Lily Lolo robią w ostatnim czasie zawrotną karierę, głównie za sprawą filmików na youtube.com. Gdy obejrzałam jeden z nich stwierdziłam, że muszę wejść na stronę dystrybutora i poczytać co nieco na ich temat. Obietnice producenta zachęciły mnie do zakupu dwóch produktów: podkładu oraz różu.

Najpierw kupiłam róż w kolorze Cherry Blossom, przy okazji zamówiłam 4 próbki, wśród których znalazł się m.in. podkład Blondie oraz bronzery(South Beach i Waikiki).Cherry Blossom należy do kategorii różowo-brzoskwiniowej z lekkim połyskiem.  Mimo tego, ze mam cerę naczynkową, róż wygląda bardzo ładnie i nie potęguje efektu czerwoności na twarzy. Jak na produkt tego typu i specyfikę mojej tłustej cery, utrzymuje się w miarę długo (choć bez szału). Efekt jaki daje nazwałabym delikatnym rumieńcem 🙂 Oczywiście  można go stopniować 😀

W czasie upałów we Wrocławiu testowałam również podkład Blondie (próbka), który w przeciwieństwie do mojego tradycyjnego podkładu, nie dawał tak mocnego połysku na twarzy. Spodobał mi się na tyle, że zdecydowałam się go kupić. Zamówiłam też kolejne próbki, wśród których był m.in. rozświetlacz (kolejny must have).

Co do samego podkładu, to dobrze spisuje się na buzi, ładnie komponuje z jej naturalnym kolorytem, a zatem nie daje efektu maski. Nie zakryje poważniejszych przebarwień i nie ukryje krostek. Jednak w upalne dni (w Lizbonie takich jest pod dostatkiem) sprawia, że nie mam dyskomfortu spowodowanego ciężkim podkładem.  Niestety przy takiej pogodzie, nawet on nie daje sobie rady ze świecącą się buzią, ale mu to wybaczam 😀

Czy warto kupić Lily Lolo? To zależy od zawartości Waszego portfela i tego, czego po tych kosmetykach się spodziewacie. Cena tych produktów jest porównywalna z innymi markami, które znajdziemy choćby w Sephorze, więc nie jest tak źle (choć, oczywiście, nie każdy sobie na nie pozwoli). Jednak muszę zaznaczyć, że kosmetyki Lily Lolo, wbrew cudownym opiniom na stronie dystrybutora, nie zdziałają cudów na twarzy z problemami (mimo tego, że zawierają cynk). Ich zakup może mieć co najwyżej efekt placebo, po prostu będziemy piękniały od samej świadomości, że mamy je w kosmetyczce 😀